Pierwsza wypłata daje przyjemne poczucie niezależności. Po kilku tygodniach pracy na konto trafiają pieniądze, którymi wreszcie można dysponować samodzielnie. Łatwo wtedy dojść do wniosku, że skoro zaczęliśmy zarabiać, możemy sobie pozwolić na znacznie więcej niż wcześniej.
Spis treści
Pierwsze miesiące pracy szybko jednak pokazują drugą stronę tej zmiany. Pojawiają się koszty dojazdów, jedzenia poza domem, ubrań, abonamentów czy wyposażenia potrzebnego do pracy. Jeśli dochodzi do tego wynajem mieszkania i rachunki, kwota widoczna w dniu wypłaty zaczyna znikać z konta zaskakująco szybko.
Nie chodzi o to, żeby po rozpoczęciu pracy odmawiać sobie każdej przyjemności. Pierwsza pensja powinna również cieszyć. Dobrze jednak od początku wyrobić kilka prostych nawyków, dzięki którym kolejnego miesiąca nie będziemy zaczynać od odliczania dni do przelewu.
Zacznij od kwoty, która rzeczywiście wpływa na konto
Planując wydatki, należy opierać się na wynagrodzeniu netto, czyli pieniądzach, które faktycznie otrzymujemy. Brzmi banalnie, ale szczególnie na początku kariery łatwo myśleć o zarobkach przez pryzmat kwoty podanej w ogłoszeniu czy zapisanej w umowie.
Kiedy znamy już miesięczną kwotę do dyspozycji, dobrze przez pierwszy lub drugi miesiąc po prostu obserwować wydatki. Nie trzeba od razu budować skomplikowanego arkusza. Wystarczy podzielić płatności na kilka kategorii: mieszkanie i rachunki, transport, jedzenie, zakupy, rozrywka oraz pozostałe wydatki.
Taki prosty zapis szybko pokazuje, gdzie rzeczywiście trafiają pieniądze. Często problemem nie jest jeden duży zakup, ale kilkanaście niewielkich płatności, których osobno niemal nie zauważamy.
Dojazdy do pracy mogą zmienić rachunek opłacalności
Koszt dotarcia do biura jest jednym z wydatków, które dobrze policzyć jeszcze przed przyjęciem oferty pracy.
Przy komunikacji miejskiej sprawa jest stosunkowo prosta — można porównać koszt pojedynczych przejazdów z biletem okresowym. Samochód jest bardziej zdradliwy. Paliwo to tylko część wydatków. Dochodzą parking, serwis, ubezpieczenie i szybsze zużycie auta.
Praca hybrydowa również zmienia kalkulację. Jeżeli w biurze pojawiamy się dwa razy w tygodniu, miesięczny bilet nie zawsze będzie najbardziej opłacalnym rozwiązaniem. Z kolei przy codziennych dojazdach kupowanie pojedynczych biletów może nie mieć większego sensu.
Po kilku tygodniach warto więc policzyć rzeczywisty miesięczny koszt transportu, zamiast opierać się na tym, ile wydaje nam się, że kosztują dojazdy.
Lunch za 30 zł to nie 30 zł miesięcznie
Pierwsze tygodnie w nowej pracy często oznaczają wspólne lunche z zespołem, kawę po drodze do biura i drobne przekąski kupowane w ciągu dnia. Każdy taki wydatek wydaje się niewielki.
Dopiero miesięczna suma potrafi zaskoczyć.
Nie oznacza to, że trzeba codziennie przynosić do pracy pudełko przygotowane poprzedniego wieczoru. Można znaleźć rozwiązanie pośrednie: część posiłków przygotowywać w domu, a raz czy dwa razy w tygodniu wyjść na lunch ze współpracownikami. To szczególnie rozsądne na początku zatrudnienia, kiedy wspólne przerwy są również okazją do poznania ludzi.
Podobnie jest z kawą. Kilkanaście złotych od czasu do czasu nie zrobi dużej różnicy. Kilkanaście złotych wydawane każdego dnia staje się już konkretną pozycją w miesięcznym budżecie.
Nowa praca nie zawsze wymaga nowej garderoby
Rozpoczęcie pierwszej pracy potrafi uruchomić serię zakupów: koszule, marynarka, spodnie, buty, torba, zegarek. Problem w tym, że po kilku dniach może się okazać, że w firmie większość osób przychodzi w jeansach i zwykłej koszuli albo swetrze.
Dlatego z większymi zakupami dobrze poczekać do momentu, kiedy poznamy kulturę organizacji i obowiązujący dress code.
Jeżeli stanowisko rzeczywiście wymaga bardziej formalnego stroju, również nie trzeba kompletować całej garderoby podczas jednego weekendu. Kilka rzeczy, które można ze sobą swobodnie łączyć, na początek zazwyczaj wystarczy. Resztę można dokupić z czasem, kiedy będziemy już wiedzieć, czego naprawdę brakuje.
Ta zasada sprawdza się zresztą nie tylko przy ubraniach.
Home office też potrafi kosztować
Praca z domu może ograniczyć wydatki na transport i jedzenie na mieście, ale generuje inne potrzeby. Dodatkowy monitor, wygodniejsze krzesło, słuchawki, lampka czy klawiatura szybko tworzą całkiem pokaźną listę.
Zanim zaczniemy ją realizować, dobrze sprawdzić, co zapewnia pracodawca. Niektóre firmy udostępniają pracownikom dodatkowy sprzęt albo mają określone zasady dotyczące wyposażenia stanowiska.
Jeżeli coś musimy kupić samodzielnie, nie zawsze potrzebujemy wszystkiego od pierwszego dnia. Po kilku tygodniach znacznie łatwiej ocenić, czy rzeczywiście brakuje nam monitora, czy problemem jest raczej niewygodne krzesło.
Wydawanie pieniędzy na wyposażenie, które ma służyć przez kilka lat, ma większy sens niż kupowanie przypadkowych akcesoriów tylko dlatego, że właśnie zaczęliśmy pracować z domu.
Przy większych zakupach liczy się kolejność
Kiedy zaczynamy regularnie zarabiać, naturalnie pojawiają się rzeczy, które wcześniej odkładaliśmy: nowy telefon, laptop, lepsze słuchawki, ubrania czy wyposażenie mieszkania.
Najpierw dobrze odpowiedzieć sobie na pytanie, czego naprawdę potrzebujemy. Później można porównać konkretne produkty i ceny w kilku sklepach. Dopiero na końcu przychodzi czas na szukanie dodatkowej obniżki.
Przed złożeniem zamówienia można na przykład sprawdzić, czy dany sklep udostępnia aktualny kod promocyjny. Serwisy takie jak Rabatio.com zbierają kody rabatowe do wielu sklepów, dzięki czemu można zweryfikować dostępne promocje już po wybraniu produktu.
Istotna jest właśnie ta kolejność. Rabat ma obniżyć koszt rzeczy, którą zamierzaliśmy kupić, a nie przekonać nas do wydania pieniędzy na coś, czego wcześniej w ogóle nie potrzebowaliśmy.
Abonamenty są niewidoczne, dopóki ich nie zsumujemy
Serwis z filmami, muzyka, przestrzeń w chmurze, aplikacja sportowa, dodatkowy pakiet w telefonie. Kilkanaście czy kilkadziesiąt złotych miesięcznie za pojedynczą usługę nie wydaje się dużym obciążeniem.
Warto jednak raz na kilka miesięcy otworzyć historię rachunku i policzyć wszystkie płatności cykliczne.
Może się okazać, że nadal płacimy za aplikację, której ostatni raz używaliśmy pół roku temu, albo utrzymujemy trzy serwisy streamingowe, choć regularnie korzystamy tylko z jednego.
To jeden z łatwiejszych sposobów na ograniczenie stałych kosztów, ponieważ nie wymaga zmiany codziennych przyzwyczajeń. Wystarczy przestać płacić za rzeczy, z których nie korzystamy.
Nie wydawaj wszystkiego, co zostaje
Po opłaceniu mieszkania, rachunków, transportu i pozostałych stałych kosztów zostaje część wypłaty. Kuszące jest potraktowanie jej w całości jako pieniędzy „do wydania”.
Dobrze jednak od początku odkładać choćby niewielką kwotę. Nie trzeba zaczynać od ambitnego celu. Ważniejsza od wysokości pierwszych oszczędności jest regularność.
Awaria laptopa, naprawa samochodu, niespodziewana przeprowadzka czy konieczność większego zakupu są znacznie mniej stresujące, kiedy na koncie znajduje się rezerwa. Z czasem można ją zwiększać, szczególnie jeśli wraz z doświadczeniem rosną zarobki.
Pomaga prosty mechanizm: odłożyć pieniądze niedługo po otrzymaniu wynagrodzenia, zamiast czekać do końca miesiąca i oszczędzać to, co przypadkiem zostanie.
Pierwsza pensja powinna też sprawić trochę przyjemności
Budżet nie musi oznaczać życia według tabelki i poczucia winy po każdym wyjściu ze znajomymi. Po rozpoczęciu pierwszej pracy kupienie sobie czegoś, na co wcześniej nie mogliśmy sobie pozwolić, jest czymś zupełnie naturalnym.
Różnica polega na tym, czy jest to świadoma decyzja, czy pieniądze po prostu rozpływają się przez cały miesiąc.
Dobrze działający budżet powinien mieć miejsce zarówno na rachunki i oszczędności, jak i na przyjemności. Dzięki temu nie trzeba wybierać między skrajnym oszczędzaniem a wydawaniem wszystkiego do kolejnej wypłaty.
Pierwsze miesiące pracy są dobrym momentem, żeby wypracować własny sposób zarządzania pieniędzmi. Nie musi być idealny od pierwszej wypłaty. Wystarczy wiedzieć, ile kosztuje nasze codzienne życie, kontrolować stałe wydatki, nie podejmować większych decyzji zakupowych pod wpływem chwili i regularnie zostawiać sobie coś na później. Gdy taki nawyk powstanie na początku kariery, wraz ze wzrostem wynagrodzenia znacznie łatwiej będzie zdecydować, co zrobić z dodatkowymi pieniędzmi, zamiast zastanawiać się pod koniec miesiąca, gdzie właściwie zniknęły.